Dźwięk bywa szybszy od światła!

Moje wczoraj trwało do dzisiejszego ranka. Ta wbrew pozorom dość częsta fizyczna anomalia była spowodowana pewnym czasoprzestrzennym wyścigiem do mojej świadomości zaczętym już wczorajszego dnia, do którego stanęły: Światło, które z rekordem życiowym – zmierzonym w próżni i jak się później okazało dla światła niekorzystnie – wynoszącym 299.792.458 metra na sekundę, było zdecydowanym faworytem, oraz Dźwięk, którego rekord życiowy – zmierzony, jak się później okazało na szczęście dla mnie, w powietrzu – wynosi zaledwie 340,3 metra na sekundę, czyli 880.965 razy mniej niż rekord Światła. Prawie wszyscy bukmacherzy przed wyścigiem obstawiali właśnie 1 do 880.965, oczywiście na korzyść Widzialnego elektromagnetycznego faworyta, ale znalazł się jeden (pra-pra-prawnuk jakiegoś genialnego podobno fizyka, choć niektórzy twierdzą, że to jego pra-pra-pradziad(?)) niejaki Razkamiński, czy Jednokrzemieniecki (jakoś tak, nie jestem pewien jego nazwiska), który twierdząc, że wszystko jest względne(?!), wbrew powszechnemu przeświadczeniu obstawił 1 do 86.400 na korzyść… właśnie Dźwięku!! (Dziś zrozumiałem, dlaczego właśnie tyle.) Wszyscy pukali się w czoło, ale ja – jako słuchowiec, a nie wzrokowiec – postanowiłem zaryzykować! Tym bardziej, że nie kosztowało mnie to dużo. Poświęciłem temu zakładowi zaledwie jedną sekundę i… postawiłem na Dźwięk. 

{cmp_start idkey=1233[url=http%3A%2F%2Ftomaszwyszkowski.pl%2Fproza%2F398-dzwiek-bywa-szybszy-od-swiatla][title=D%C5%BAwi%C4%99k+bywa+szybszy+od+%C5%9Bwiat%C5%82a%21][desc=]}

Dźwięk bywa szybszy od światła!

Moje wczoraj trwało do dzisiejszego ranka. Ta wbrew pozorom dość częsta fizyczna anomalia była spowodowana pewnym czasoprzestrzennym wyścigiem do mojej świadomości zaczętym już wczorajszego dnia, do którego stanęły: Światło, które z rekordem życiowym – zmierzonym w próżni i jak się później okazało dla światła niekorzystnie – wynoszącym 299.792.458 metra na sekundę, było zdecydowanym faworytem, oraz Dźwięk, którego rekord życiowy – zmierzony, jak się później okazało na szczęście dla mnie, w powietrzu – wynosi zaledwie 340,3 metra na sekundę, czyli 880.965 razy mniej niż rekord Światła. Prawie wszyscy bukmacherzy przed wyścigiem obstawiali właśnie 1 do 880.965, oczywiście na korzyść Widzialnego elektromagnetycznego faworyta, ale znalazł się jeden (pra-pra-prawnuk jakiegoś genialnego podobno fizyka, choć niektórzy twierdzą, że to jego pra-pra-pradziad(?)) niejaki Razkamiński, czy Jednokrzemieniecki (jakoś tak, nie jestem pewien jego nazwiska), który twierdząc, że wszystko jest względne(?!), wbrew powszechnemu przeświadczeniu obstawił 1 do 86.400 na korzyść… właśnie Dźwięku!! (Dziś zrozumiałem, dlaczego właśnie tyle.) Wszyscy pukali się w czoło, ale ja – jako słuchowiec, a nie wzrokowiec – postanowiłem zaryzykować! Tym bardziej, że nie kosztowało mnie to dużo. Poświęciłem temu zakładowi zaledwie jedną sekundę i… postawiłem na Dźwięk. 

Dźwięk... (2)

Wyścig zaczął się niespodziewanie dla mnie samego. Wczoraj wybrałem się do teatru. Przedstawienie podobało mi się, więc spotkanym przed i po spektaklu znajomym mówiłem z żalem, że nie wybieram się na kolejne przedstawienie tego samego zespołu teatralnego (ale zastrzegam: nie teatru tańca!) następnego dnia – czyli dziś… (oczywiście przed spektaklem mówiłem z mniejszym żalem, że się nie wybieram niż żal (większy), z którym mówiłem, że się nie wybieram… po spektaklu, gdyż wtedy już wiedziałem, że to dobry teatr). A mówiłem, że się nie wybieram ponieważ miałem przeświadczenie, że wczoraj była… sobota! Jej (teoretycznie przebrzydłej soboty) domniemane wczorajsze istnienie pozbawiało mnie (teoretycznie) wszelkich szans na pójście do teatru znowu dzisiaj, czyli (teoretycznie) w niedzielę, gdyż czasu w ten weekend mam mało, a poniedziałek (praktycznie zawsze przebrzydły) już dyszy za plecami z kolejnym terminem. I właśnie to moje błędne przeświadczenie było sygnałem do rozpoczęcia wyścigu do mojej świadomości, z którego – dzięki jednemu bukmacherowi – udało mi się zyskać tak wiele.

Wyścig nie pozostawał bez wpływu na moje samopoczucie, o nie! Długo nie mogłem zasnąć i leżąc w ciemnościach nasłuchiwałem odgłosów dochodzących zza otwartego okna. Ciemności panujące w sypialni nie ułatwiały zadania Światłu, które na próżno co i raz zrywało się do swojego słynnego sprintu by dotrzeć do mego oka, gdy pod oknem przejeżdżał jakiś spóźniony samochód a ja na moment uchylałem jedną czy drugą powiekę (już nie pamiętam którą) – lecz na próżno. Trzeba jednak powiedzieć, że i Dźwiękowi nocne warunki nie sprzyjały w dotarciu do mojego ucha (już nie pamiętam którego) – bo czymże różnią się odgłosy nocy z piątku na sobotę od odgłosów nocy z soboty na niedzielę: gdy weźmiemy pod uwagę drobny szczegół, czyli odrobinę większą częstotliwość „góralów”, którym – w odróżnieniu ode mnie – dosłownie „nie żal”, to różnica jest praktycznie żadna! 

Dźwięk... (3)

W końcu zasnąłem, ale to, co mi się śniło, było zbyt straszne, by przytaczać to w ramach tej relacji choćby we fragmencie; dość powiedzieć, że miałem pewność… tak! byłem pewien, że nie tylko nie doczekam (praktycznie zawsze przebrzydłego) poniedziałku, ale nawet tej (teoretycznej) niedzieli nie doczekam, żeby żałować, że nie pójdę wieczorem na przedstawienie.

Ale ranek ów (dzisiejszy) wstrząsnął mną podwójnie. Nie tylko zdruzgotał moją tylko co posiadaną pewność, że nie doczekam (ku mojej porannej i posennej uldze – znanej doskonale wszystkim budzącym się po interesującym dramaturgicznie koszmarze), ale także obwieścił mi zwycięzcę czasoprzestrzennego wyścigu pomiędzy Światłem (faworytem) a Dźwiękiem!

Nie obudziłem się sam z siebie, o nie! Bo chociaż odgłosy nocy z piątku na sobotę (co zostało już wcześniej udowodnione) nie różnią się istotnie, tzn. czasoprzestrzennie, od odgłosów nocy z soboty na niedzielę, to z odgłosami poranka sprawa ma się teoretycznie względnie odwrotnie. Otóż, obudziłem się (teoretycznie) w niedzielę na odgłos – obsługiwanej przez manualnie bardzo sprawnego sąsiada – piły mechanicznej, z dwoma myślami o diametralnie różnych ładunkach emocjonalnych. W pierwszym odruchu pomyślałem ze spokojem, że sąsiad palców na pewno nie straci, bo jest zdolnym pilarzem i to nawet, hm…, jakaś pozytywna rzecz znać takiego zdolnego człowieka, ale druga myśl poziomem mojego przerażenia dorównywała dopiero co przerwanemu koszmarowi sennemu, z którym dochodzący zza okna dźwięk pilarki miał wiele wspólnego: Myślałem ze zgrozą, jak wielka musi spaść na sąsiada pośmiertnie kara za grzech pogwałcenia niedzielnej ciszy sąsiedzkiej i muszę dodać, że piła łańcuchowa odgrywała w tych moich wspomnieniach posennych i wyobrażeniach o pośmiertnym wymierzaniu tej kary niepoślednią rolę. Ale za chwilę na szczęście przyszło zrozumienie i ukojenie…

Moje wczoraj trwało do dzisiejszego ranka, bo dopiero po kilku rzężeniach porannej pilarki zorientowałem się, że budzę się w sobotę! Dawno żadna pilarka nie brzmiała tak… kojąco…! 

Dźwięk... (4)

Wyścig do mojej świadomości zakończył się zwycięstwem Dźwięku. Gdy następnie uchylając jedną z powiek (już teraz nie pamiętam którą) uderzony fotonami wpadającego na metę z prędkością światła – ale już na drugim miejscu – przegranego faworyta ujrzałem na wyświetlaczu komórki potwierdzające „sob., 13 września”, to znalazłem tam tylko potwierdzenie znanej mi już od kilku chwil prawdy. Najpierw usłyszałem, a dopiero później ujrzałem, że… dzisiaj jest sobota!

Zrozumiałem też, że budzę się oto bogatszy, że drobniutka inwestycja, „inwestycyjka” wręcz, opłaciła się. Postawienie zakładu w tym wyścigu jak wiadomo kosztowało mnie tylko jedną sekundę, a oto, dzięki życzliwemu bukmacherowi (z czego on właściwie żyje?) udało mi się wygrać tych sekund aż 86.400.

Teraźniejszość nadchodzi dopiero wtedy, gdy uświadamiamy sobie kolejną prawdę. Tym razem jest to: dźwięk bywa szybszy od światła. I czasoprzestrzennie rzecz biorąc: dziś wieczorem mam trochę czasu na obejrzenie i wysłuchanie (parę osób wie, o co chodzi) kolejnego przedstawienia!

© Tomasz Wyszkowski


2017 06 25 Zrozumienie siebie to początek

Ocean

Święto

Pewność

PEWNOŚĆ

Myślisz, że do tej pory wierzyłeś, że myślisz, że wiesz.
Teraz wiesz, że wierzysz, że myślisz.
A kiedy się dowiesz, że myślisz, że wierzysz...?
...Gdy uwierzysz, że myślisz, że wiesz?
Nie wiesz…?
Nie do pomyślenia, w co można uwierzyć, że się wie.
Wprost nie do wiary.
Pomyślisz… i już nie wiesz, w co wierzyć. 


© 2017-09-10 by Tomasz Wyszkowski