Manekin Błyszczyńskiego

Filip Winter, dzień dobry. Przepraszam, że musiała Pani czekać w ten skwar... Ta siostra oddziałowa jest jak przysłowiowy kapral, tak mi rozkazuje! Codziennie rano po śniadanku – obowiązkowe pół godzinki w parku. Swoją drogą dziwię się, że im się chce najpierw dźwigać mnie z łóżka, przebierać, a potem przez trzydzieści minut w upale popychać wózek z tym… prawie manekinem, moim ciałem. Skąd te siostrzyczki biorą na to cierpliwość i siły,... Ale... nie, nie narzekam, nie chciałbym, żeby zrezygnowały. Tak, tak... wiem; czekała Pani dłużej. Kiedy? Już w zeszłym roku prosiła mnie Pani o rozmowę? Cóż za wytrwałość!... Aż tak chciała się Pani ze mną spotkać? Wiem, zgodziłem się na spotkanie i nie wycofuję się, ale,... proszę mi powiedzieć, po co to Pani? Kogo obchodzi historia starca nad grobem? Oczywiście, że każdy człowiek ma inną – co człowiek to historia, ale czy każdy musi swoją opowiedzieć? Rozumiem, według Pani – każdy!... Szczerze mówiąc, wolałbym, żeby traktowała mnie Pani jakoś wyjątkowo. Wiem, że jest Pani najlepsza w swoim fachu; to niemała przyjemność, gdy ktoś tak sławny dobija się do naszych drzwi. Aha,... nie da się traktować akurat mnie wyjątkowo. Ludzie są tacy sami, tylko ich historie inne? Dzięki za szczerość. No, może ma Pani rację... Przepraszam… Może Pani troszeczkę przymknąć te drzwi, przecież trochę Pani zostanie, jeszcze nie idziemy... Dzięki.

Którą historię mam opowiedzieć? Mogę Pani opowiedzieć, co Pani chce i w dowolnej formie: jako powieść, dramat, poemat, opowiadanie,... w jakim języku? Niemieckim, portugalskim, angielskim, polskim... No, wymieni Pani któryś z nich,… Własną historię…?! Ale którą? A co to znaczy „najważniejsza”? Tyle ich było. Nie, nie kłamię – jak się ma tyle lat, co ja!… Każdy ma najważniejszą? Nadrzędną? No racja, wiem, o co Pani chodzi, a raczej, o kogo. O Teresę. Kiedyś postanowiłem, że z nikim nie będę o niej mówił. Bo to zbyt piękne i zbyt mocno zapiera dech w piersiach... Wzruszam się? No pewnie! Przecież to coś, nad czym się nie panuje. Trzeba w życiu wiedzieć, nad czym można mieć władzę, i czemu się trzeba poddać. To klucz do życia! Pani wizyta u mnie to dobry przykład. Przecież Pani wytrwałość odebrała mi w końcu władzę nad wyborem – jeszcze rok temu łatwo mi było Pani odmówić, a dziś... No, proszę – Pani u mnie! Ale nawet się cieszę, że Panią widzę. Miało być o Teresie?... No i będzie.
Wie Pani, kiedy to było? Jakieś trzydzieści lat temu, zaraz policzę dokładnie,... trzydzieści cztery... Nie! Trzy! – Dokładnie trzydzieści trzy lata temu ujrzałem ją po raz pierwszy. Gdzie teraz mieszka? Myślę, że nie opuściła Lizbony, bez Lizbony to by nie była Teresa. Ja miałem wówczas pięćdziesiąt lat. Myślałem wtedy, że przeżyłem już życie, że już wszystko widziałem i wiedziałem. Byłem cenionym inżynierem dźwięku, a do Lizbony ściągnęła mnie kartka pocztowa z prośbą o pomoc przy realizacji filmu. Spakowałem swoje walizy i w drogę! Wie Pani jak wyglądają walizy dźwiękowca? Zawsze brałem ze sobą cały mój warsztat pracy – wszelkie wydające dźwięk przedmioty, które na ekranie kina imitują „prawdziwe” hałasy i szmery, kroki i klamki, skrzypiące drzwi i łóżka, galopujące konie i wzlatujące ptaki, skwierczące jajecznice – cały wszechświat dźwięku.
*

{cmp_start idkey=3611[url=http%3A%2F%2Ftomaszwyszkowski.pl%2Fproza%2F31-manekin-pana-blyszczynskiego][title=Manekin+B%C5%82yszczy%C5%84skiego][desc=]}

Manekin Błyszczyńskiego

Filip Winter, dzień dobry. Przepraszam, że musiała Pani czekać w ten skwar... Ta siostra oddziałowa jest jak przysłowiowy kapral, tak mi rozkazuje! Codziennie rano po śniadanku – obowiązkowe pół godzinki w parku. Swoją drogą dziwię się, że im się chce najpierw dźwigać mnie z łóżka, przebierać, a potem przez trzydzieści minut w upale popychać wózek z tym… prawie manekinem, moim ciałem. Skąd te siostrzyczki biorą na to cierpliwość i siły,... Ale... nie, nie narzekam, nie chciałbym, żeby zrezygnowały. Tak, tak... wiem; czekała Pani dłużej. Kiedy? Już w zeszłym roku prosiła mnie Pani o rozmowę? Cóż za wytrwałość!... Aż tak chciała się Pani ze mną spotkać? Wiem, zgodziłem się na spotkanie i nie wycofuję się, ale,... proszę mi powiedzieć, po co to Pani? Kogo obchodzi historia starca nad grobem? Oczywiście, że każdy człowiek ma inną – co człowiek to historia, ale czy każdy musi swoją opowiedzieć? Rozumiem, według Pani – każdy!... Szczerze mówiąc, wolałbym, żeby traktowała mnie Pani jakoś wyjątkowo. Wiem, że jest Pani najlepsza w swoim fachu; to niemała przyjemność, gdy ktoś tak sławny dobija się do naszych drzwi. Aha,... nie da się traktować akurat mnie wyjątkowo. Ludzie są tacy sami, tylko ich historie inne? Dzięki za szczerość. No, może ma Pani rację... Przepraszam… Może Pani troszeczkę przymknąć te drzwi, przecież trochę Pani zostanie, jeszcze nie idziemy... Dzięki.

Którą historię mam opowiedzieć? Mogę Pani opowiedzieć, co Pani chce i w dowolnej formie: jako powieść, dramat, poemat, opowiadanie,... w jakim języku? Niemieckim, portugalskim, angielskim, polskim... No, wymieni Pani któryś z nich,… Własną historię…?! Ale którą? A co to znaczy „najważniejsza”? Tyle ich było. Nie, nie kłamię – jak się ma tyle lat, co ja!… Każdy ma najważniejszą? Nadrzędną? No racja, wiem, o co Pani chodzi, a raczej, o kogo. O Teresę. Kiedyś postanowiłem, że z nikim nie będę o niej mówił. Bo to zbyt piękne i zbyt mocno zapiera dech w piersiach... Wzruszam się? No pewnie! Przecież to coś, nad czym się nie panuje. Trzeba w życiu wiedzieć, nad czym można mieć władzę, i czemu się trzeba poddać. To klucz do życia! Pani wizyta u mnie to dobry przykład. Przecież Pani wytrwałość odebrała mi w końcu władzę nad wyborem – jeszcze rok temu łatwo mi było Pani odmówić, a dziś... No, proszę – Pani u mnie! Ale nawet się cieszę, że Panią widzę. Miało być o Teresie?... No i będzie.
Wie Pani, kiedy to było? Jakieś trzydzieści lat temu, zaraz policzę dokładnie,... trzydzieści cztery... Nie! Trzy! – Dokładnie trzydzieści trzy lata temu ujrzałem ją po raz pierwszy. Gdzie teraz mieszka? Myślę, że nie opuściła Lizbony, bez Lizbony to by nie była Teresa. Ja miałem wówczas pięćdziesiąt lat. Myślałem wtedy, że przeżyłem już życie, że już wszystko widziałem i wiedziałem. Byłem cenionym inżynierem dźwięku, a do Lizbony ściągnęła mnie kartka pocztowa z prośbą o pomoc przy realizacji filmu. Spakowałem swoje walizy i w drogę! Wie Pani jak wyglądają walizy dźwiękowca? Zawsze brałem ze sobą cały mój warsztat pracy – wszelkie wydające dźwięk przedmioty, które na ekranie kina imitują „prawdziwe” hałasy i szmery, kroki i klamki, skrzypiące drzwi i łóżka, galopujące konie i wzlatujące ptaki, skwierczące jajecznice – cały wszechświat dźwięku.
*

Manekin Pana... 02

Twórca? Tak, naturalnie byłem i... jestem twórcą. Przecież jak każdy człowiek! Nie wszyscy są artystami, i też nie każdy zarabia na życie jako artysta, to prawda. Ale zgadzam się z tym, co pisał Stachura. Twierdził, że każdy jest poetą, może nie wszystkim wychodzi z tego sztuka przez duże S, ale każdy poetą… jest. W życiu nie da się nie tworzyć, życie to twórczość, która kończy się dokładnie w momencie zakończenia życia.
Żałośni są ci, co twierdzą, że sztuka czerpie z życia! Życie nie ma nam nic do zaoferowania! To życia nie ma bez ludzi, bez twórców, bez literatury, bez sztuki! Bez naszej woli, naszych pragnień, naszych słów! Nasz duch powołuje twory do istnienia, to robią nasze słowa, to robi nasza interpretacja chaosu. A skąd się wzięło wszystko? Jakie źródło ma to, co nas otacza? Jak to szło? Na początku było... Pamięta Pani? Tak, na początku było słowo! Nie materia, nie życie, nie twór do nazwania – tylko sama nazwa! To nazwa powołuje do życia twór, to forma swoją mocą daje treści impuls do wcielenia. Życie nie żyje się samo przez się, tu potrzeba umysłu, woli, świadomości! Życie bez nas trwałoby w bezkształcie i bezmiarze. Zawsze, gdy o tym myślę, przypomina się jak pięknie Schulz opisał jak to robimy. Zamiast życie, mówił materia:
„(...) Tworzenie jest przywilejem wszystkich duchów. Materii dana jest nieskończona płodność, niewyczerpana moc życiowa i zarazem uwodna siła pokusy, która nas nęci do formowania. W głębi materii kształtują się niewyraźne uśmiechy, zawiązują się napięcia, zgęszczają się próby kształtów. Cała materia faluje od nieskończonych możliwości, które przez nią przechodzą mdłymi dreszczami. Czekając na ożywcze tchnienie ducha, przelewa się ona w sobie bez końca, kusi tysiącem słodkich okrąglizn i miękkości, które z siebie w ślepych rojeniach wymajacza. Pozbawiona własnej inicjatywy, lubieżnie podatna, po kobiecemu plastyczna, uległa wobec wszystkich impulsów − stanowi ona teren wyjęty spod prawa, otwarty dla wszelkiego rodzaju szarlatanerii i dyletantyzmów, domenę wszelkich nadużyć i wątpliwych manipulacji demiurgicznych. Materia jest najbierniejszą i najbezbronniejszą istotą w kosmosie. Każdy może ją ugniatać, formować, każdemu jest posłuszna.(...)”
Wygarniamy my z tej materii nasze twory, nasze żywoty. Każda nasza myśl, to zalążek tworu. Jesteśmy świadkami tej pulsacji życia, i nasza myśl – nasze słowo – powołują do życia nasze stworzenie. Jesteśmy jednak ograniczeni naszymi zmysłami, nasze oczy nas ograniczają i nasze uszy tak samo, i nasza skóra, i nasz język i nasz nos. Czas także podcina nam skrzydła. Powołujemy do życia twory ułomne, twory na krótką metę. Na miarę naszej pamięci.
I każdy z nas stwarza z tej samej przecież materii, z tego samego jakby… punktu widzenia – inne byty. Niech Pani sobie wyobrazi – nie będzie trudno – że rycerz zabija smoka. Przecież dla księżniczki uwięzionej przez taką trój- i więcej-głową maszkarę ten czyn to przejaw największego bohaterstwa, godzien najwyższej chwały i miłości; z drugiej strony jednak – dla wojującego działacza ochrony przyrody to najszkaradniejszy akt ekologicznego wandalizmu, przyczyniający się do wyginięcia rzadkich gatunków. Co? Że chcę udowodnić niejednoznaczność oceny tego samego zdarzenia zbyt odległymi w czasie punktami widzenia? Przejdźmy do przejawów twórczości narzucanej życiu bardziej nam współczesnych, a przecież diametralnie różnych. Wojny domowe! To oczywiste postrzeganie tej samej sytuacji – tu i teraz – w diametralnie różny sposób, mordowanie swoich współbraci w imię innego zespołu ideałów, które zostały przyjęte przez różnych ludzi w tym samym miejscu i w tym samym czasie; obie walczące strony różnią się jedynie światopoglądem, jaki narzuciły temu samemu życiu, tej samej bezkształtnej materii, i różnice pomiędzy takimi różnymi tworami nie pozwalają nawet braciom żyć obok siebie. A kłótnie małżeńskie, separacje i rozwody, ba! zabijanie się małżonków! – jakże osoba ludzka jest niezależna i autonomiczna w tworzeniu wokół siebie samej takiej rzeczywistości, takiej własnej projekcji interpretacji, która nijak się ma do rzeczywistości, projekcji partnera, i często okazują się one tak różne, że nie sposób ich pogodzić.
*

Manekin Pana... 03

Gdy docierałem do Lizbony nie czułem się najlepiej: noga w gipsie i potworne zmęczenie – to fizycznie. Psychicznie też źle, zawsze mi przeszkadzała moja rozlewająca się po głowie łysina, na twarzy widziałem już oznaki starości. Ale jednak wybrałem się w tę podróż, najdłuższą podróż samochodową mego życia – do Portugalii, na kraniec Europy – gdzie kontynent stawia czoła oceanowi, w miejsce gdzie człowieczeństwo kreacji, musi stawić czoła żywiołowi życia, gdzie bezduszny intelekt zmaga się z duchem uczucia. Nie wiedziałem wtedy tego jeszcze, ale chcę to teraz stwierdzić – życie toczy się zawsze na styku przeciwieństw. Inni nazywają to smugą cienia. Znalazłem się w niej. To miejsce gdzie w schulzowskiej materii powstaje rysa, nabrzmiewa ona energią i szaleństwem, nabiera nieregularnych barw, mąci harmonię szarości, i przekracza regułę nudy. Nasze myśli gnają wtedy w jej stronę na łeb na szyję, mało kto potrafi się oprzeć tej pokusie, by tego „wybrzuszenia” nie nazwać, by tej anomalii nie zinterpretować po swojemu, by dołożyć do nieskończonej kolekcji ludzkich interpretacji, swoją własną, by dać początek nowemu stworzeniu, zazdrośnie powołanemu do życia przez nas samych.
Dotarłem w końcu do Lizbony, po drodze tracąc samochód i mnóstwo sił, prawie popadając w zwątpienie. Odnalazłem w końcu wskazany dom w tym rozległym mieście. Cel podróży – jakim mi się jawił – wielki i zapraszający do chłodnych i zapuszczonych, prawie zdewastowanych wnętrz otwartymi drzwiami – nie zamkniętymi na klucz, a przecież długo szukany, ukrywający się przede mną. W domu wysokie sufity – pełno powietrza i swobody, ogromne pomieszczenia amfiladowo prowadzące na taras, obszerny i orzeźwiający oszałamiającej wielkości panoramą dachów Lizbony, rzeki i horyzontu, a ja – nowy gość domu – zamknięty w sobie, osamotniony i wyobcowany… Ściany pokoju, w którym się znalazłem, pokryte chaotycznymi płaskorzeźbami odpadających tynków i schizofrenicznymi graffiti łuszczącej się farby – niemalże ruina. Stary Brunon już dawno opisywał takie domy, i takie pomieszczenia:
„(...) W starych mieszkaniach bywają pokoje, o których się zapomina. Nie odwiedzane miesiącami, więdną w opuszczeniu między starymi murami i zdarza się, że zasklepiają się w sobie, zarastają cegłą i, raz na zawsze stracone dla naszej pamięci, powoli tracą też swą egzystencję. Drzwi, prowadzące do nich z jakiegoś podestu tylnych schodów, mogą być tak długo przeoczane przez domowników, aż wrastają, wchodzą w ścianę, która zaciera ich ślad w fantastycznym rysunku pęknięć i rys.(...)”
Ten dom to był obraz snu, uśpienia, zastoju, prawie końca... Ja – umierający w ciszy inżynier dźwięku. Czy przyjechałem tam na własny pogrzeb?
Pamiętam, że umieranie bohatera we wnętrzu domu pokazano już wcześniej w pewnym filmie. Absolutnie genialnie scenarzysta Brzeziny przedstawił postępujące spustoszenie psychiki głównego bohatera, granego przez Łukaszewicza. Otóż w miarę upływu filmu i nasilania się choroby – galopujących suchot, wnętrze pokoju zajmowanego przez chorego pustoszało, stawało się coraz bardziej surowe, coraz mniej kolorowe, coraz wyraźniej nijakie, bezbarwne, podczas gdy inne wnętrza domu zajmowane przez ludzi zdrowych, nieumierających, tętniły wielością sprzętów, bogactwem kolorów, witalnością charakterów. Ze mną było podobnie, moja świadomość skłaniała się, jak i w tamtym filmie, ku stanowi rozkładu bliskiego śmierci. Moje nazwisko to Winter, czyli zima, nomen omen. Zima to symbol snu, uśpienia, śmierci, końca życia, zastoju… Wniosłem w te grobowe wnętrza wróżbę swego imienia, ale czy stały się one moim kresem? Czy trafiłem tam w ostatniej chwili, by dokonać życia? By się pogrążyć w ostatnim ze snów, by ulec zastojowi,... dokonać ostatniego świadomego aktu stworzenia… własnego zgonu? Czy cisza, która pokrywała lekkim nalotem dźwięki, uśpione w mojej duszy, i w moich walizach, miała się przelać w wieczność,... czy w końcu pęknąć?
*

Manekin Pana... 04

Nie każda twórczość podsyca naszą żywotność. Duch każdego człowieka uzależniony jest od jego własnych kreacji. Gdzie tam nam do Boga, co stwarza dla przyjemności, co spoza kręgu przyczyny i skutku rzuca nasienie stworzenia w macicę rzeczywistości. On jest w innym wymiarze, dzieło stworzenia nie dosięga swoją przyczynowo-skutkową ułomnością idealnej dziedziny Stwórcy. Co innego my – twórcy uwikłani w monotonię codziennego trudu. Na własny użytek powołujemy do życia ułomne twory, co czasem stworzone na wieczność, giną po paru chwilach, lub często powołane do życia na chwilę, przeżywają nas samych.
*
Dobiwszy pięćdziesiątki (i Lizbony) ciągnąłem za sobą cały szereg swoich tworów. Moje kreacje otaczały mnie ze wszystkich stron, wypełniały moją pamięć i ówczesny dzień dzisiejszy. Człowiek stwarza się sam i innych wokół siebie, tworzy sobie jakby „specyfikacje” siebie samego i innych, którzy go otaczają. Każda specyfikacja naznaczona jest piętnem indywidualności. Przecież nić naszego życia jest jedna, przecież popełnione przez nas czyny, to łańcuch niepowtarzalnych i zdawałoby się jednoznacznych zdarzeń. A przecież nie jesteśmy tym samym człowiekiem w swoich oczach, i w oczach kogokolwiek innego. Ile ludzi nas zna, tyle w nas widzą istot. A dla tych, co nas nie znają, po prostu nie istniejemy! Dana chwila odtwarza nas na nowo, każdy nasz czyn, to dla nas samych i innych wokół nas – pożywka, na której rozwija się wykwit kolejnej interpretacyjnej kreacji naszej osoby. Znów powołam się na Schulza:
„(...) Nie zależy nam (...) na tworach o długim oddechu, na istotach na daleką metę. Nasze kreatury nie będą bohaterami romansów w wielu tomach. Ich role będą krótkie, lapidarne, ich charaktery − bez dalszych planów. Często dla jednego gestu, dla jednego słowa podejmiemy się trudu powołania ich do życia na tę jedną chwilę. Przyznajemy otwarcie: nie będziemy kładli nacisku na trwałość ani solidność wykonania, twory nasze będą jak gdyby prowizoryczne, na jeden raz zrobione. Jeśli będą to ludzie, to damy im na przykład tylko jedną stronę twarzy, jedną rękę, jedną nogę, tę mianowicie, która im będzie w ich roli potrzebna. Byłoby pedanterią troszczyć się o ich drugą, nie wchodzącą w grę nogę. Z tyłu mogą być po prostu zaszyte płótnem lub pobielone. Naszą ambicję pokładać będziemy w tej dumnej dewizie: dla każdego gestu inny aktor. Do obsługi każdego słowa, każdego czynu powołamy do życia innego człowieka. Taki jest nasz smak, to będzie świat według naszego gustu. Demiurgos [Stwórca, proszę Pani] kochał się w wytrawnych, doskonałych i skomplikowanych materiałach, my dajemy pierwszeństwo tandecie. Po prostu porywa nas, zachwyca taniość, lichota, tandetność materiału. Czy rozumiecie (...) głęboki sens tej słabości, tej pasji do pstrej bibułki, do papier-mâché, do lakowej farby, do kłaków i trociny? To jest (...) nasza miłość do materii jako takiej, do jej puszystości i porowatości, do jej jedynej, mistycznej konsystencji. Demiurgos, ten wielki mistrz i artysta, czyni ją niewidzialną, każe jej zniknąć pod grą życia. My, przeciwnie, kochamy jej zgrzyt, jej oporność, jej pałubiastą niezgrabność. Lubimy pod każdym gestem, pod każdym ruchem widzieć jej ociężały wysiłek, jej bezwład, jej słodką niedźwiedziowatość. Słowem (...) chcemy stworzyć po raz wtóry człowieka, na obraz i podobieństwo manekinu.(...)”

Oto taki byłem ja. Tak jawiłem się sobie i może innym wokoło też: manekin o jednej nodze, która głucho przy chodzeniu dudniła o podłogę, o kilkudniowym zaroście, błyszczącej łysinie pięćdziesięciolatka, szeregu znoszonych waliz i uszach inżyniera dźwięku. Jak się Pani podoba taka istota? Jedna noga, zarost, łysina, walizki i uszy! Lecz niech się Pani nie da nabrać, to się nie ma podobać, to narzędzie snucia opowieści. Czy ktoś taki jak ja mógł spotkać miłość? Ależ tylko ktoś taki! Byłem wystarczająco twórczy w swoich marzeniach. Wybrałem się w tak daleką podróż nie bez powodu, w moim dotychczasowym otoczeniu „umeblowałem” sobie świat do ostatniego szczegółu, i otoczyłem się ludźmi, których osobowości dopracowałem do najmniejszej cechy. Wie Pani dobrze, co się dzieje, kiedy noszona w nas interpretacja dookolnego chaosu jest tak mistrzowsko wykończona w szczegółach, że nie stać nas na świeżość reinterpretacji, na zryw zmiany poglądu, czy na rewolucję olśnienia. Zacząłem umierać na własne życzenie – zdawało się – umrę wszędzie poza Lizboną! Tam więc skierowałem swoje zmysły, by nakarmić je materią o innym wyglądzie, dźwięku, smaku i zapachu, chciałem dotknąć innej struktury. Wysiłek się opłacił.
*
Pani wybaczy... Trochę się zasapałem. Wyczerpujące jest odtwarzanie przeszłej kreacji... Chociaż może to nowa twórczość? Przecież po raz pierwszy patrzę na tamte chwile z dystansu trzydziestu trzech lat... Rozumiem, że dzięki Pani moja przywoływana tu i teraz przeszłość utrwali się, stanie się ponadczasowa, przejdzie w wieczność. Tak właśnie jest – kiedyś podsumowujemy własne życie po raz ostatni. Dobrze, że Pani przyszła, zaczynam się z tego cieszyć, choć tak długo unikałem Pani. Podoba mi się Pani małomówność. Nie, nie, nie! Proszę nie zrozumieć mnie źle, zawsze uważałem, że żeby zmusić kogoś do mówienia, trzeba umieć słuchać.
Wie Pani jak to jest, gdy czujemy wokół siebie nicość? Wtedy albo rezygnujemy, albo z pomocą wyobraźni, dzień po dniu, odtwarzamy nasz świat, by w końcu zmęczeni wysiłkiem... przetrwać i… odpocząć. Ja poszedłem tą drugą drogą. Wybrałem życie.
*

Manekin Pana... 05

W tym samym domu, jak się później okazało, mieszkała grupa muzyków, grali muzykę fado. Z mojego punktu widzenia, gdy ich pierwszy raz: najpierw – usłyszałem, a potem – ujrzałem, było to kilku mężczyzn i kobieta. Nie dostrzegłem, widząc ich wszystkich po raz pierwszy, między mężczyznami a jedyną wśród nich kobietą, żadnego napięcia. Żaden z muzyków, choć nominalnie byli mężczyznami, nie był w moich oczach mężczyzną dla Teresy. Żadne zalotne spojrzenie, żadne gorące westchnienie nie wędrowało w przestrzeni między Teresą, kobietą mego życia, a pozostałymi członkami zespołu. Byli oni dla mnie manekinami nie-mężczyzn, uwypuklającymi osamotnienie jedynej wśród nich kobiety, z tyłu podszytymi płótnem, lub pobielonymi. Byli tam jedynie po to, by tworzyć muzykę, w której moja miłość mogła w pełni rozkwitnąć. Gdy mój słuch wyłowił w ciszy popadającego w materialny chaos domostwa dźwięki muzyki i ożywiający kobiecy głos, to... moja wyobraźnia operująca od wielu lat na jałowej pustyni, zaczęła tworzyć raj zakochania, ogród miłości... Jakby sam Leśmian zaczął swoją deklamację:
„Ogród pana Błyszczyńskiego zielenieje na wymroczu,
Gdzie się cud rozrasta w zgrozę i bezprawie.
Sam go wywiódł z nicości błyszczydłami swych oczu
I utrwalił na podśnionej drzewom trawie. (...)
W takiej chwili Bóg przelatał, pełen wspomnień wiekuistych,
Ścieżką podobłoczną – właśnie, że tułaczą –
I przystanął na zbiegu dwojga tęsknot gwiaździstych,
Gdzie się widma migotliwie bylejaczą.
Zaszumiało jaworowo, ale chyba wbrew jaworom –
Samym cisz zamętem, samą cisz utratą...
„Kto te szumy narzucił moim dumnym przestworom?
Kto ten ogród roznicestwił tak liściato?...”
Cisza... Nikt nie odpowiada. Płyną chmury i godziny...
Wszelka dal w niebiosach – to dal zagrobowa.
Pan Błyszczyński w świat nagle z trwożnej wyszedł gęstwiny,
Szepnął: „Boże!” – i powiedział takie słowa:
„Był w zaświatach – sen i wicher i zaklętej burzy rozgruch!
Boże, snów spełnionych już mi dziś nie ujmuj!
Jam te drzewa powcielał! To – mój zamysł i odruch...
Moje dziwy... Moje rosy... Dreszcz i znój mój!
Przebacz smutkom i widziadłom, nie znającym rodowodu,
I opacznym kwiatom, com je snuł z niczego...
Moja wina! O Boże, wejdź do mego ogrodu!
Do ogrodu!... Do – mojego!... Do – mojego!... (...)
Szli, aż doszli, tam gdzie w mrzonce zagęstwionej i niczyjej
Cień dziewczyny jaśniał oczu w dal rozbłystką,
A jej usta i piersi i ramiona i sny jej
Były takie, żeby właśnie kochać wszystko...
Rzęsy miała dosyć złote, by rozwidnić blaskiem rzęs tych
Dno zmyślonych jezior, gdzie mży śmierć zmyślona –
Warkocz łatwo się płoszył, więc skrzydłami fal gęstych
Wciąż uciekał i powracał na ramiona. (...)”

Leśmian musiał wywodzić z nicości swoją dziewczynę w innym świetle, pod innym słońcem. Nie ma to wielkiego znaczenia, ale powiem, że moja Teresa nie miała rzęs złotych, tylko czarne, a zamiast warkocza – czarny koczek. I tak reszta zakochania syciła się identyczną fascynacją.
Trzeba ją było wtedy słyszeć i widzieć jak śpiewała swoją pieśń... pieśń pełną tęsknoty. Później poznałem tłumaczenie jej tytułu: Ainda, czyli Jeszcze.
Dlaczego się zakochałem w Teresie? Warto spróbować odpowiedzieć na to pytanie. Człowieka motywuje pragnienie szczęścia. Jeśli jego wyobraźnia (jego moc tworzenia) go nie zawiedzie, i stworzony przez niego samego manekin jego ukochanej (lub w przypadku kobiet – ukochanego) pięknie się zharmonizuje z nim samym (lub nią samą) – miłość wybucha. Pani pyta czy to była prawdziwa miłość? Oczywiście! Miłość zawsze jest prawdziwa, tylko czasami krótko trwa. Muszę nam oddać sprawiedliwość. Z Teresą byliśmy szczęśliwi nawet dość długo, nawet jak teraz na to patrzę. Wręczyła mi swój klucz do domu, prawie zawsze czekałem na nią – dużo podróżowała i nie było jej obok mnie – a stała się sensem mego życia. Chyba właśnie dlatego, że zawsze na nią czekałem, a nie dlatego, że w końcu do mnie wracała. Wie Pani jak to jest – w tworzeniu manekinów im więcej wolności, tym więcej szczęścia dla nas. Czas niestety odbiera nam wolność, im więcej go mija, tym mniej wolności mamy w naszej twórczości. W miarę upływu czasu nasze manekiny, i tak samo mój manekin Teresy, coraz mniej służą naszemu szczęściu, tak jakby nabierały złych manier, jakby doroślały i uniezależniały się od nas. Jakby każda minuta uczyła je nieprzyjaźni do nas, ich twórców. Naszym manekinom z czasem przybywa złych części, jakich było brak w pierwotnym zamyśle, w początkowym projekcie, a to my im tych złych części dokładamy – nie możemy przecież pozbawić się mocy tworzenia. Nie poprzestajemy na kształcie, jaki powstał na początku. Nasz błogosławiony dar demiurgii zawsze w końcu staje się naszym przekleństwem, źródłem naszego nieszczęścia.
Wie Pani? Dobrze pamiętam swoją miłość do niej – była idealna i czysta i wszechmocna. Warto było. Teresa w moim sercu była taka młoda, i taka bez skazy, krystaliczna. Wizualnie nie była jednak manekinem powstałym dokładnie według przepisu Schulza. Nie była z tyłu podszyta płótnem, ani pobielona, bo kobieta, która rozkochuje w sobie mężczyznę działa na niego całą krągłością swego ciała, całym obwodem swego gestu, całą sferą swego ruchu. Pamiętam jej ruch głową, łagodność odkrytych ramion, dłonie splecione nisko, oddech unoszący piersi. Gest, dla którego została stworzona przeze mnie to gest rozkochania, igraszki z męskim zdumieniem, to gest zapomnienia w kobiecym skupieniu i oddaniu się czynności.
*

Manekin Pana... 06

Życie realizuje się w swoim przeciwieństwie: pragniesz posiadać na własność obiekt swej miłości – a ogarnia cię zachwyt nad jej niezależnością i wolnością; pragniesz szczęścia i wiesz dokładnie, co ci je da – a czujesz, że ono znika, gdy zdobywasz obiekt swoich pragnień; chcesz zrozumienia, mądrości i wiedzy – a złościsz się, gdy ktoś mówi ci prawdę. Gdybyż pożyczka mocy tworzenia została nam dana bez narastających z upływem czasu odsetek niedoskonałości naszych tworów, gdybyż miłość, jaką obdarzymy stworzony przez nas samych manekin naszej kochanki wzrastała raczej, niż słabła, w miarę emancypowania się tego manekina, gdybyż szczęście intensyfikowało się, a nie słabło, w realizacji naszych marzeń, a każda nowa wiedza burząca nam posiadany światopogląd, zyskiwała miano słodkiej i słodszej za każdym kolejnym razem.
Tak wygląda miłość. Tak! To zrozumienie znaleźć można u Leśmiana:
„(…) Nie zaczęłaś dotąd istnieć w żadnym półśnie, w żadnym grobie,
Dotąd stóp twych śladu nie stwierdziły kwiaty –
Podczas twego niebytu zakochałem się w tobie,
Naraziłem mroczne ciało na zaświaty! (…)
Śni się liściom – nieskończoność. Śni się wiosłom – dno i łódka.
Odtrącone zorze raz na zawsze bledną...
Czy śmierć w nic nas rozśmieje, czy nas z nowych łez utka –
Wszystko jedno, tchu ostatni, wszystko jedno! (…)
Tam – wysoko i najwyżej – między niebem a nadrzewiem
Włóczy się srebrnawo – cisza i znikomość.
Tak o tobie nic nie wiem, tak cudownie nic nie wiem,
Że miłością jest ta moja – niewiadomość!(...)"
Ale nie skończyło się tak jak u Leśmiana… Może Teresa wiedziała o życiu więcej niż ja, może zakochała się w kimś innym. Dość powiedzieć, że… Tak. W końcu rozstaliśmy się. Pamiętam moje negatywne uczucia: zniecierpliwienie, znudzenie, złość, zniechęcenie i… gorączkową pracę umysłu i wyobraźni, które starały się zastąpić we mnie mój wcześniejszy obraz Teresy – innym obrazem: niepociągającym, niepotrzebnym. Ale później, po latach nie bez wzrastającej przyjemności i ogarniającemu mnie wzruszeniu stwierdziłem, że ciągle noszę w sobie miłość do niej i tęsknię za Teresą, ale… nigdy nie chciałbym jej odszukać. Właśnie!… Nawet teraz… I dalej ją kocham, pewnie bardziej... Leśmian musiał dożyć miłość do końca. (A ja...? Miałem szczęście ją utracić, by ją... zachować!...)
„(…) Mrok zaskomlał w pustym dębie, zagwizdała nicość w klonie,
I rozbłysła w księżyc – śmierć i pajęczyna...
Pan Błyszczyński zrozumiał i załamał swe dłonie
I pomyślał: "W nic rozwieje się dziewczyna!" –
W nic rozwiała się dziewczyna i jej czar, poczęty w niebie,
I pierś, zakończona różową soczystką.
I rozpadło się ciało na żal straszny do siebie
I niewiedzę o tym żalu !... I to – wszystko...
Nie umarła, lecz umarło jej odbicie w jezior wodzie.
Już się kończył zaświat... Ustał cud dziewczyński...
O, wieczności, wieczności, i ty byłaś w ogrodzie!
I był blady, bardzo blady pan Błyszczyński.”
*

Manekin Pana... 07

Wie Pani? Teresa mnie rzuciła. Pewnego razu nie dała mi swego klucza przed kolejnym wyjazdem. To znaczy nie wiedziałem, że mi klucza nie dała, bo nie wiedziałem, że wyjeżdża. Później dowiedziałem się, że wyjechała nie zostawiwszy mi klucza,… co oznaczało porzucenie mnie. Mój żal i smutek nie znał granic, moja nienawiść do niej syciła się czasem rozłąki. Ale w końcu przeszła w zrozumienie. Mam ją tu, w sercu. Nie rozwiała mi się w nic, nie byłem blady jak Pan Błyszczyński u Leśmiana. Świadomość, że Teresa opuściła mnie świadomie by – paradoksalnie – ze mną zostać (w co nigdy nie przestanę wierzyć!), każe mi ją kochać jeszcze bardziej. Życie realizuje się w swoim przeciwieństwie…
Jej brak obok mnie pozbawił mnie możliwości działania przeciwko własnemu szczęściu. W miarę upływu czasu – bez niej, idealizowałem ją coraz bardziej, zamiast – będąc blisko niej, chować w sercu coraz większa do niej nienawiść, albo co gorsza – obojętność. Czemu tak jest, że żeby kogoś kochać miłością wieczną, musimy tego kogoś utracić na zawsze?... To pytanie, pełne żalu do Stwórcy, przestaje w pewnym momencie być ważne... Dla mnie już przestało. Dziś kocham ją jak trzydzieści trzy lata temu i... jestem szczęśliwy jak nigdy.
No tak... To wszystko, co chciałem Pani opowiedzieć. Swoją drogą to nie wiedziałem, że Pani jest taka cierpliwa. Jak się słyszy o schyłku życia innych ludzi, to różnie z tym bywało, a Pani wysłuchuje mnie do końca. No, no. Kto by pomyślał? No, nie przedłużajmy… może Pani otworzyć drzwi? Uwaga! Przeciąg! To nic, to nic... Zbite szkło już mnie nie obchodzi. Idziemy…

Manekin Pana... 08

Epilog
Na parę minut przed rozpoczęciem swojej zmiany, pielęgniarka Julia, młoda brunetka ciesząca się dużym powodzeniem u płci przeciwnej, dopięła ostatni guzik letniego fartucha (było dosyć gorąco), umieściła we włosach czepek, specjalnie trochę za wysoko, bo zawsze uważała, że jej to dodaje uroku, i z odtwarzaczem empetrójek w dłoni wyszła na korytarz kierując swe kroki w stronę pokoju służbowego. Lubiła przychodzić na zmianę trochę wcześniej, żeby od zmienianych koleżanek usłyszeć jeszcze trochę wieści o tym i owym. Julia zawsze była towarzyska, a dziś dyżur kończyła jej przyjaciółka.
Jej usposobienie zjednywało jej także sympatię pacjentów. Choć zwykle byli to już bardzo wiekowi panowie, Julia nie stroniła od nich. Potencjalni partnerzy w jej wieku byli zbyt niedojrzali, aby ją pociągać czy zauroczyć. Tym bardziej ceniła sobie towarzystwo „staruszków” jak ich nazywała. Ich uśmiech i ich trochę łzawiące oczy – czy to ze zmęczenia, czy ze wzruszenia, które ją witały, gdy przekraczała próg sali jednego, czy drugiego dodawał jej nieuświadamianej do końca rozkoszy, można to było nawet nazwać szczęściem. Julia upodobała sobie szczególnie towarzystwo Filipa. Tak do niego mówiła, sam ją o to prosił. Odtwarzacz mp3, który dziś, przyniosła, z nagraniami muzyki fado, gdzieś z Portugalii, to miała być niespodzianka dla Filipa. Tak lubiła sprawiać mu drobne przyjemności. Prawie podskakiwała na myśl, że Filip podziękuje jej dobrym słowem i pocałuje z wdzięczności w rękę.
– Jak tam? Co słychać? – powitała radosnym okrzykiem Adę, krótko ostrzyżoną cichą szatynkę, o drobnej twarzy i dużych szarych, zawsze łagodnych oczach, swoją zmienniczkę.
– No? Jak było? – powtórzyła patrząc uważnie przyjaciółce w twarz.
Julia znała to smutne spojrzenie łagodnych oczu przyjaciółki. Boże!... Ada patrzyła tak zawsze wtedy, gdy…
– Kto?! – stłumionym głosem krzyknęła Julia, – Filip?…
Ada nie musiała odpowiadać. Julia niezdarnym ruchem spróbowała odłożyć trzymany w dłoni elektroniczny drobiazg na stół. Przez chwilę łapał równowagę na krawędzi, po czym upadł na miękką wykładzinę u jej stóp.
***

Manekin Pana... 09

– Wiesz? – powiedziała Ada w wieczór, gdy z Julią spotkały się w kawiarni. – Tego dnia, gdy Filip umarł… Pamiętasz? Było gorąco. Coś tam poprawiali w klimatyzacji i musieli ją wyłączyć. Prosiłam „chodzących” pacjentów, aby nie otwierali w swoich salach jednocześnie okien i drzwi, wiesz, jak przeciąg wybija szyby w oknach. Ci staruszkowie są czasami jak dzieci. Tego dnia usłyszałam z naszego pokoju brzęk tłukącego się gdzieś szkła. Wybiegłam na korytarz, bardziej zatroskana o nieposłusznego pacjenta, niż rozgniewana jego nieposłuszeństwem... Nie wiem, kto otworzył drzwi w sali Filipa i wywołał ten przeciąg. Jak weszłam do środka, Filip leżał na łóżku jakby zasłuchany. Na twarzy gasł mu jeszcze lekki uśmiech… Odniosłam wrażenie, że chyba podobało mu się to, co właśnie usłyszał.

© 2014-08-29 by Tomasz Wyszkowski

» Manekin Błyszczyńskiego

 


2017 06 25 Zrozumienie siebie to początek

Ocean

Święto

Pewność

PEWNOŚĆ

Myślisz, że do tej pory wierzyłeś, że myślisz, że wiesz.
Teraz wiesz, że wierzysz, że myślisz.
A kiedy się dowiesz, że myślisz, że wierzysz...?
...Gdy uwierzysz, że myślisz, że wiesz?
Nie wiesz…?
Nie do pomyślenia, w co można uwierzyć, że się wie.
Wprost nie do wiary.
Pomyślisz… i już nie wiesz, w co wierzyć. 


© 2017-09-10 by Tomasz Wyszkowski