Zastanawialiście się kiedyś jak bardzo różnią się od siebie ludzie niesłyszący i niemówiący (naprawdę „niemówiący”?), czyli głuchoniemi (a raczej Głusi) od słyszących i mówiących? Albo, że się nie różnią prawie wcale?! Opowiem Wam o niezwykłej dziewczynie.

*

{cmp_start idkey=2807[url=http%3A%2F%2Ftomaszwyszkowski.pl%2Fproza%2F307-powietrze-i-swiatlo][title=Powietrze+i+%C5%9Bwiat%C5%82o][desc=]}

Zastanawialiście się kiedyś jak bardzo różnią się od siebie ludzie niesłyszący i niemówiący (naprawdę „niemówiący”?), czyli głuchoniemi (a raczej Głusi) od słyszących i mówiących? Albo, że się nie różnią prawie wcale?! Opowiem Wam o niezwykłej dziewczynie.

*

Pracowała...

 

Pracowała w punkcie bibliotecznym świetlicy dzielnicowej w W. Po „ogólniaku” i bez zawodu chwaliła sobie tę posadę. Doświadczała w życiu przeciwieństw: z jednej strony często w ciszy nad wyświechtaną, choć grubą powieścią ocierała łzy wyciśnięte spóźnioną lekturą, przyprawiającą jej oczy o nietwarzową czerwoną obwódkę z nadmiaru wilgoci i niedoboru snu jednocześnie, z drugiej wiedziała jak boli i jaki ma zapach podpity ojciec nienawidzący „komuchów i innych złodziei” i dręczący lekceważeniem swoją żonę, jej matkę. Pies, jakiego mieli przez kilka lat, choć czasami czuł na łaciatym karku pijany i śmierdzący kapeć, dostępował, bywało, łaski pieszczoty ze strony ojca, który potrafił użyć dotyku swych brudnych, ale w miarę pracowitych rąk, jako narzędzia czułości. Dziewczyna miała więc lekcje miłości – krótkie i źle prowadzone – ale zawsze i, choć tego nie wiedziała, zazdrościła psu, i kochała go jednocześnie.
Mieszkali w oficynie kamienicy przy jednej z ruchliwszych i hałaśliwszych ulic W., praktycznie nie mając podwórka, zajętego przez odrapane blaszane kontenery na śmieci i połatane blaszane garaże na wehikuły co zasobniejszych lokatorów. Najbardziej z powodu braku przestrzeni cierpieli pies i dziewczyna. A dziewczyna cierpiała podwójnie, bo wysłuchiwała jeszcze od sąsiadek za psie brudzenie pod oknami, jakby mężowie sąsiadek po wypłacie potrafili coś więcej, niż pies dziewczyny. Każdy swobodniejszy spacer obojga okupiony był długim biegiem wzdłuż tętniącej złą wibracją ulicy do terenu opuszczonej fabryki-kolosa, tak zarośniętej chwastami, że przypominał z grubsza łąkę w porównaniu z ich podwórkiem. Tam byli szczęśliwi. Dziewczyna nieświadomie i niezdarnie naśladowała czułe gesty pieszczoty ojca, a pies z wprawą i poszczekiwaniem odpłacał dziewczynie tym, czym jej ojcu. Czuła się kochana.
Gdy pies zginął z krótkim skowytem w zderzeniu z piszczącą hamulcami taksówką, gdy z nadmiaru szczęścia z okazji wyjścia „na łąkę” z dziewczyną wybiegł z bramy wprost na ulicę, dziewczyna cierpiała, choć mało płakała. A i paroksyzm cierpienia nie trwał długo, przyzwyczaiła się w życiu do nieszczęścia, i nie umiała niepotrzebnie go przedłużać, napawać się nim – tym bardziej, że nikt jej nie żałował. Zapamiętała najważniejsze – jak dawać pieszczotę.

*

Gdy dowiedziała się...

 

Gdy dowiedziała się, że jest w ciąży nikomu o tym nie powiedziała. Ojca dziecka unikała jak własnego ojca, i wcale, jak zrozumiała to później, nie kochała. Nie wierzyła, nie chciała wierzyć, że zechce z nią być, że będą razem. Obecnie, obarczona wstydliwym rachunkiem za kilka słodkich pieszczot czuła, że tak jest sprawiedliwie. Wiedziała jedno, że będzie miała kogoś, kogo obdarzy pieszczotą i miłością i kogo za wszelką cenę będzie chronić od złego i kogo tym razem od złego uchroni.
Gdy po raz pierwszy ujrzała twarzyczkę swojej córki nie domyślała się niczego. W świetle lampy jarzeniowej ta maleńka twarz, zapłakana, krzycząca: szeroko otwarta buzia, zaciśnięte oczy, bezzębne dziąsła, jakby za cienki mały język, czerwona pomarszczona skóra, wszystko jakby jednakowego koloru i kształtu czuła, że rozumie, co córka do niej mówi. Ta mówiła, jak sądziła dziewczyna, że nie ma nikogo, że na nikogo nie liczy, że jest jej źle i nigdy nie będzie dobrze. Dziewczyna rozumiała, „każde słowo”, choć przecież sama autorka skargi nie miała pojęcia, czym słowo jest i do czego służy.

Ojciec dziewczyny zmarł na zawał serca zanim można było zobaczyć, że będzie miał wnuczkę. Zmarł od pierwszego zawału, dziewczyna wiedziała, że miał już wszystkiego dość, znaleźli go gdzieś nad rzeką, po dwóch dniach, w miejscu gdzie nigdy nie chodził, albo nikt nie wiedział, że chodził. Udało się jeszcze stwierdzić alkohol we krwi i rozległy zawał serca, co uznano za oficjalną przyczynę zgonu. Dziewczyna wiedziała jednak, że rzeczywistą przyczyną była dusząca serce gorycz i beznadzieja. Matka, teraz wdowa, gdy ujrzała brzemię córki zaliczyła to do kolejnych nieszczęść swego życia i pomagała córce jak mogła zajmując się najpierw nią, potem – krótko – nieślubną wnuczką. Dziewczyna nie przestała pracować w bibliotece i obcować z książkami, co, choć nie do końca zdawała sobie z tego sprawę, utrzymywało ją przy życiu i miało nadać mu nieoczekiwanie głęboki sens.

*

Pracowałem wtedy,...

 

Pracowałem wtedy, dzięki nepotyzmowi uprawianemu przez mego wuja, w urzędzie powiatowym, w wydziale kultury w W. Jako młodemu stażem pracownikowi dano mi mało komu potrzebne, a czasochłonne i męczące zadanie: miałem objechać wszystkie punkty biblioteczne w mieście powiatowym W. i sporządzić raport na temat wykorzystania funduszy, jakimi „powiat” zasilał placówki oświatowe – chodziło o przyjrzenie się dokumentom finansowym w każdej bibliotece i wysłuchanie ewentualnych uwag na temat instytucji finansowego wspierania. Miałem dość rozumu by wiedzieć, że raport dociąży jedynie i tak niemiłosiernie obciążone szafy z dokumentami urzędu i raczej nie ujrzy światła dziennego, bo przecież nie tylko żaden naczelnik wydziału nie rzuci nań okiem, ale nawet „pies z kulawą nogą” nie zawyje nad moim raportem. Postanowiłem jednak dobrze wywiązać się z pierwszego mego zadania, może nie po to, by wysłuchać pochwały, ale raczej, by nie zasłużyć na naganę. Postanowiłem zaglądać do każdego z punktów na krótko, raczej mówić niż słuchać, i raczej pisać dyktowane, niż przepisywać z podsuniętych przed oczy nagryzmolonych kwitów.
Dziewczyna na pierwszy rzut oka nie wyróżniała się niczym spośród innych podobnych pracownic punktów bibliotecznych. Kobiety w ogólnej ilości 78 procent zajmowały się tą pracą, dalsze 21 procent stanowili mężczyźni, najczęściej emerytowani nauczyciele, z rachunku wynika, że był jeszcze jakiś 1 procent (trzecia płeć?) innych osób obsługujących te biblioteki, ale ich dane tonęły w mroku „powiatowej” statystyki.
Dziewczyna była szatynką, o miłej buzi – choć raczej zbyt na siłę poważnej, miała z lekka zaokrąglone kształty – nie modelki, a kobiety, co przemawiałoby na jej korzyść, ale pod warunkiem, że miałoby się wybierać tę najlepszą pośród bibliotekarek, a nie tym zajętą miałem głowę podczas tych wizyt. Zapamiętałem ją z innego powodu. Układała książki, zbierała je po kilka na stos, który mogła unieść i niosła jak... pielęgniarka, czy mamka niesie noworodka, trzymała je pewnie i mocno, a widać było, że dotykanie ich sprawiało jej przyjemność. Było też przyjemnie na nią patrzeć. Ruszała się z gracją, jeśli można tak powiedzieć, o kimś, kto nie tańczy, i w ogóle nie stara się omamić powabem gestu i spojrzenia. Zapamiętałem ją jeszcze z innego powodu.
W dzień odwiedzin jej punktu bibliotecznego trochę się śpieszyłem. Miałem bilet na film. Science-fiction, amerykańska rozrywka w najlepszym wydaniu. Nawet jej to powiedziałem, jakbym się czuł w obowiązku wytłumaczyć się przed nią ze swego pośpiechu. Odparła, że nie ma sensu chodzić na takie filmy, bo są nieprawdziwe. Jej znajomy nauczyciel z innego punktu bibliotecznego, „pan profesor” z „ogólniaka”, przyuczający ją niegdyś do funkcji bibliotekarki, powiedział jej, żeby nie wierzyła w filmy czy książki, które za nic mają zasady fizyki. A filmy, w których statki kosmiczne hałasują jak tiry na autostradzie, to nic nie warte bajki. Do wydawania dźwięku – ponoć mówił profesor – potrzebne jest powietrze, a jego w kosmosie nie ma. Pomyślałem, że belfer ten był niegdyś poważany przed uczniów, ale tylko tych, którzy przechodzili do następnej klasy, których uczył życia (choć tego nie wiedzieli), i znienawidzony przez innych uczniów, zostawianych na drugi rok w tej samej klasie, których też uczył życia (choć i ci też tego nie wiedzieli). Wyczułem jeszcze jedno, że choć dziewczyna powołuje się na autorytet – zna prawdę o powietrzu i dźwięku skądinąd, po prostu wie, że tak jest. Zawsze intuicyjnie potrafimy odróżnić wiedzę „powtarzaną”, od wiedzy dogłębnie rozumianej i opisywanej z intensywnością przekonania o jej słuszności. Ona to przekonanie miała i to się dało odczuć. Troszkę mi ta sprawa z krytyką zepsuła przyjemność z oglądania filmu owego wieczoru, tym bardziej, że spóźniłem się na początek.

*

Córka dziewczyny...

 

Córka dziewczyny urodziła się głucha. Po opuszczeniu matczynego łona krzyczała głośno, ale nie słyszała własnego krzyku. Tylko że wtedy nikt, łącznie z dziewczyną i jej nowonarodzoną córką, nie był tego świadomy. Przez pierwsze miesiące była „złotym dzieckiem”, które dawało matce spać nocą, a za dnia ujmowało spokojem. Dopiero po kolejnym okresowym badaniu do duszy dziewczyny zakradł się cień. Jak miała ochronić tę, która ochrony potrzebowała, jeśli nie będzie w stanie do niej dotrzeć? Jej córeczkę oddzielała od niej kosmiczna próżnia pozbawiona głosu, niema i złowroga. Dziewczyna jak dawniej – wiedziała, że zrobi wszystko, co trzeba, ale obecnie – nie wiedziała co.
Przywołała z pamięci ten obraz sprzed kilku miesięcy. W ostrym świetle sali porodowej, nierzeczywista sina pępowina łącząca ją z córką, nieładnie na czerwono pozlepiane włoski na małej czaszce, drżące umorusane rączki wyciągnięte w przestrzeń i jak teraz myślała – głośny, choć niemy krzyk smutku, krzyk o pomoc, której wtedy podświadomie przysięgła udzielić. A teraz nie wiedziała, w jaki sposób.
Gdy lekarz, najpierw niepewnie wymieniający objawy, by następnie odzyskać pewność siebie opartą na dopasowaniu klinicznego przypadku, zakomunikował jej smutną prawdę, zaniemówiła. Nie mogła złapać tchu, zabrakło jej powietrza, jakby coś kazało jej na gwałt uczyć się bez niego obywać, przynajmniej w zakresie, w jakim nie było ono potrzebne jej córce. Nie robiła z siebie widowiska. Zawsze cierpiała po cichu, choćby nie wiem jak bardzo.
Nie wiadomo kiedy zaczęła milczeć z córką. Może wtedy, gdy umarła jej matka i dziewczynie została na świecie tylko głucha córka i własny smutek. Nie wiem też, w którym momencie belfer opowiedział jej o prawach akustyki. Wiadomo jedynie, że jej milczenie nie było kapitulacją, było rzuconym przeszłości i teraźniejszości wyzwaniem.

*

Owego pierwszego popołudnia...

 

Owego pierwszego popołudnia, gdy spiesząc się do kina na film, starałem się jak najszybciej załatwić sprawę w ostatnim punkcie bibliotecznym i patrząc na dziewczynę liczyłem upływające minuty napotkałem śmieszny problem z jedną książką. Dziewczyna najpierw nie potrafiła udokumentować jednego książkowego zakupu, potem nie mogła pokazać mi samej książki. W końcu wydusiła, że ma ją w domu i że jutro na pewno przyniesie z powrotem. Nie widziałem w tym żadnego problemu, ale powiedziałem, że za parę dni zajrzę ponownie, by formalności stało się zadość. Nie myślcie, że mi się dziewczyna spodobała i użyłem pierwszego lepszego pretekstu, by ponownie ją odwiedzić. Nie. Raczej wygrywała we mnie ciekawość. Chciałem ją ponownie usłyszeć, dowiedzieć się, co jeszcze ma do powiedzenia, usłyszeć jej głos... No tak... Gdy parę dni później znalazłem się u dziewczyny by – oficjalnie – dopełnić formalności, z lekkim zdziwieniem skonstatowałem, że brakującą książką jest... Jane Eyre. Oczywiście przyniosła ją zaraz następnego dnia, nie pamiętała, co stało się z rachunkiem, pytała co ma zrobić, by nie przekroczyć żadnych przepisów. Oświadczyłem, że wystarczy spis z natury, który mogę poświadczyć, jako przedstawiciel urzędu. Jednak ciągle, lekki uśmiech nie schodził z moich ust. Jane Eyre! Kiedyś czytałem tę książkę – jeśli nie wielokrotnie w całości, to wielokrotnie czytałem obszerne jej fragmenty. Ba! Nawet napisałem kiedyś esej na jej temat. Byłem z niego swego czasu dość dumny, czytali go nawet inni studenci w ramach swoich zajęć. Z zamyślenia wytrąciło mnie ni to pytanie, ni stwierdzenie dziewczyny, że chyba nie ma przepisów, które nie pozwalałyby na wypożyczanie książek samym sobie przez osoby prowadzące punkty biblioteczne? Zapytałem ją, co takiego podoba się jej w tym tomie, że aż zabiera go do domu. Wskazała mi fragment ostatniego rozdziału, trzydziestego ósmego, jeden z akapitów. Pozwólcie, że go przytoczę we własnym tłumaczeniu, kiedyś zdarzyło mi się tłumaczyć ostatni rozdział Jane Eyre:

„Pan Rochester nie odzyskiwał wzroku przez pierwsze dwa lata naszego związku: być może właśnie ta okoliczność zbliżyła nas do siebie tak bardzo – związała tak ściśle: bo byłam mu w tym czasie jego wzrokiem, w stopniu w jakim jestem teraz jego prawą ręką. Dosłownie, byłam (jak mnie często nazywał) źrenicą jego oka. Widział przyrodę – widział tekst książek poprzez mnie; nie bywałam nigdy znużona wysiłkiem moich oczu w jego imieniu, i oblekaniem w słowa impresji pola, drzewa, ulicy, rzeki, chmury, promienia słońca – krajobrazu rozciągającego się u naszych stóp; pogody otaczającej nas – i oddawaniem w dźwięku docierającym do jego ucha tego, czego bezsilne światło nie mogło przekazać jego oku. Nigdy nie bywałam znużona czytaniem dla niego; nigdy znużona prowadzając go tam, gdzie zapragnął pójść: robiąc dla niego to, czego spełnienia pragnął. I była w mej służbie przyjemność, pełna, wyszukana, chociaż przepełniona smutkiem – bo żądał tych usług bez bolesnego zawstydzenia i zrezygnowanego poniżenia. Kochał mnie tak czule, że bez wahania wyzyskiwał moją obecność; czuł, że i ja kocham go czułą miłością, i że zgoda na moją obecność oznaczała dla mnie spełnienie najsłodszych pragnień.”

Jadąc do domu sądziłem, że wiem, czemu dziewczyna upodobała sobie tę powieść i ten fragment. Autorka, Charlotte Brontë, wymyśliła w swej bohaterce kogoś, kto później rzeczywiście narodził się w dziewczynie. Byłem pewien, że dziewczyna chce się z Jane Eyre utożsamić. Choć nie do końca wszystko mi teraz pasuje. Jane Eyre była sierotą. Dziewczyna miała jeszcze wtedy matkę. Pomyślałem, że jej powaga to przygotowanie do jakiegoś ostatecznego smutku, przez który musi przejść, aby dostąpić szczęścia, jaki przypadł w udziale bohaterce powieści. Byłem przekonany, że dziewczyna marzy o mężczyźnie, o bliskości zmysłowej, o związku silnym i skazanym na wieczność w oparciu o cielesne uzupełnienie. Czułem jednak, nie do końca pozwalając świadomości na zajęcie się tym przeczuciem, że moje łatwe intelektualne wnioski mają niewiele wspólnego z uczuciową rzeczywistością jej tęsknot. Praktycznie nic wtedy jeszcze o dziewczynie nie wiedziałem, nie znałem jej, prócz paru interesujących informacji, i garści frapujących obserwacji, które poczyniłem odruchowo, powtarzam: w porównaniu z moją późniejszą wiedzą nie wiedziałem o niej nic.

*

Gdyby nie pewien przypadek...

 

Gdyby nie pewien przypadek niniejsza opowieść w ogóle nie zostałaby opowiedziana i nie poznalibyście historii dziewczyny. Po sprawie z Jane Eyre, dość szybko o dziewczynie zapominałem, a gdy miłość mojego wuja do własnej rodziny, w tym mnie, jego siostrzeńca, pozwoliła mi awansować, przestałem zajmować się punktami bibliotecznymi. Kilka lat później, jako starszy inspektor w dziale personalnym urzędu powiatowego w W. natknąłem się na notatkę służbową w sprawie wakatu na posadzie osoby do obsługi punktu bibliotecznego w świetlicy dzielnicowej. Od razu przypomniałem sobie dziewczynę. Jak dowiedziałem się bez większego trudu (coś już znaczyłem w hierarchii urzędu), powodem niedługiego już zwolnienia posady był fakt, że dziewczyna wypowiedziała umowę o pracę ze względu na przeprowadzkę i być może wyjazd z kraju.
To wtedy poznałem szczegóły albo szczególne plotki związane z nieślubnym dzieckiem i głuchotą małej. Pojechałem do dziewczyny do biblioteki. Była z córką. Nawet mnie pamiętała. Nawet się za bardzo nie zdziwiła. Trochę się ucieszyła, albo tak mi się zdawało. Ja ucieszyłem się na jej widok i dałem to po sobie poznać. Uśmiechnęła się. Wkrótce nasza nieporadna wymiana zdań przekształciła się w zajmującą rozmowę o córce.
Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, jak małe głuchonieme dzieci uczą się języka migowego. Wiedziałem jednak, jako lingwista, że w przypadku słyszących matki i dziecka w początkowym stadium przyswajania języka wykształca się między nimi coś w rodzaju przed-języka, coś, co po angielsku nazywa się motherese, języka matczynego rządzącego się własnymi zasadami intonacji, składni i własnym słownictwem, z którego później, w miarę upływu czasu, wykształca się język „prawdziwy”. O jakim „języku” można mówić w przypadku, gdy jedna (w tym wypadku córka) rozmówczyni jest głucha? Ze względu na moją miłość własną, dziewczyna owego dnia była dla mnie trudnym rozmówcą. W sprawie komunikacji z niesłyszącymi dziećmi tylko ona z nas dwojga miała coś do powiedzenia, co sprawiało mi pewną przykrość. Znalazła we mnie jednak pilnego słuchacza. Powiedziała mi, że z ulgą przestała używać głosu mówiąc do córki, po zbadaniu jej słuchu i poznaniu prawdy. To rąk, gestów, dotyku i wzroku nauczyła się we wcześniejszym życiu używać do wyrażania uczuć, łącznie z miłością. Nie musiała się tego uczyć dostawszy od losu taką córkę, umiała to od lat. Matka i córka wykształciły motherese, język, który wyczerpywał wszelkie znamiona języka, oprócz jednego: ten język nie potrzebował powietrza, nie posługiwał się dźwiękiem. Mogły go używać w kosmosie ciszy, jak w prawdziwym pełnym światła kosmosie oddzielającym planety i skazującym je na samotność milczenia. Nagle olśniony zrozumiałem naturę języka ludzi, międzyludzkiej komunikacji.
By rozmawiać dziewczyna i jej córka patrzyły na siebie w ciszy. Jak wyjaśniała mi dziewczyna, córka była ciekawa naszej rozmowy. Nie znałem nigdy języka migowego i nie znam go do dziś, jednak tamtego popołudnia, gdy dziewczyna wręcz symultanicznie powtarzała córce „migając” treść naszej rozmowy, moje pytania, i własne odpowiedzi, pytania i uwagi córki oraz swoje opowieści o córce, ale w skrócie, bo przecież córka je znała, z jakimś zachwytem uświadamiałem sobie, że jakoś wiem, że dziewczyna tłumaczy poprawnie i że jakoś rozumiałem „miganie” córki zanim jeszcze dziewczyna odezwała się do mnie głosem by je „przetłumaczyć”. Widziałem, że cała nasza trójka posługuje się z wprawą własnym ciałem by porozumieć się z pozostałymi uczestnikami rozmowy.

Zanalizujmy proces mówienia każdego z nas: wszyscy napinaliśmy mięśnie, wykonywaliśmy skomplikowane ruchy, odwracaliśmy głowy, rzucaliśmy spojrzenia. Nie widziałem różnicy pomiędzy własnym sposobem mówienia, a sposobem mówienia córki. Nasze narządy artykulacyjne tak samo wyglądały, moje: język, usta, zęby, nos i gestykulujące ręce i palce dla podkreślenia wypowiadanych treści, jej: gestykulujące ręce i palce, dotykające nosa, zębów, ust i języka dla podkreślenia wypowiadanych treści spełniały taką samą rolę w procesie komunikacji. Tylko nasze różne zmysły pracowały w innych zakresach i z innym natężeniem.
Spytałem, dlaczego wyjeżdżają. Zauważyłem z lekkim entuzjazmem, że obie zrozumiały moje pytanie bez „migania”. Odpowiedziała mi córka, głos dziewczyny przekazał mi odpowiedź.

*

To dziwne i zachwycające...

 

To dziwne i zachwycające uczucie uświadomić sobie, że przeniknęło się tajemnicę, której rozwiązania nie spodziewaliśmy się z uwagi na widoczne skomplikowanie spraw, niepewność faktów i nieznajomość szczegółów. Dziewczyna nie była już dla mnie tajemnicą, obecnie fascynowała mnie jej mądrość i jakaś niewywalczona niezależność. Z jednej strony zawstydzające niegdyś milczenie dało jej niewyczerpaną siłę witalną, z drugiej, początkowe szybko odkryte nieszczęście małej córeczki, przekształciło się w źródło wszelkiej radości, jakiej można doświadczyć oddając kompletnie siebie w służbę kochanej osobie. Właściwie nie był to wyjazd. Obie, mając siebie nawzajem, mogły być wszędzie. Więc niekoniecznie tu, i nie na pewno gdzieś indziej.

*

Chociaż już nigdy więcej...

 

Chociaż już nigdy więcej nie spotkałem się z dziewczyną i jej córką, po latach dowiedziałem się, że dziewczyna, wtedy już kobieta w średnim wieku umarła na raka krtani. Pod koniec życia nie mogąc mówić używając głosu, porozumiewała się z córką tylko „migając”, choć przez lata nauczyła córkę mówić i odczytywać słowa z ruchu warg rozmówców. Tym razem córka z ulgą porzuciła mowę na rzecz gestu, w obliczu matki, która zaniemówiła, jak niegdyś jej matka, gdy dowiedziała się, że „ogłuchła” jej córka. Trzeba powiedzieć więcej. Córka nie odstępując dziewczyny, obecnie już starszej pani u schyłku jej życia z nowotworem, zapewniała jej kontakt z „mówiąco-słyszącym” światem. Chcąc się odezwać do pielęgniarki lub lekarza, dziewczyna odzywała się poprzez córkę. Nastąpiła niezwykła zamiana ról. Najpierw córka nie mówiła, bo nie słyszała, teraz mówiła za matkę, która nie mówiła, chociaż słyszała dobrze. Pomyślałem wtedy, że w ich życiu musiał nastąpić moment, w którym zdały sobie sprawę, że się dopełniają, że ich osobowości przeniknęły się tak dalece, że w moim odczuciu śmierć matki nie mogła być dla córki bardzo bolesna. Dla mnie gdzieś tam żyły obie. Chociaż... Może nie miałem racji. Nigdy przecież nie skonfrontowałem swoich domysłów i przemyśleń z dziewczyną, nigdy nie byłem z nią do końca otwarty. Może gdyby nasza zażyłość dotknęła granicy szczerości, usłyszałbym od dziewczyny inną prawdę, przeciwną mojej opowieści.

Nigdy nie poznam prawdy samej dziewczyny, ani prawdy jej córki. Ale lekcja, jaką od nich odebrałem, choć przecież nie uczyły mnie świadomie, rekompensuje mi tę wielką za nimi tęsknotę.
Zmysły (pięć zmysłów) to nasz jedyny kontakt z otaczającym nas światem, z innymi ludźmi – i tymi kochającymi, i – niestety – tymi nienawidzącymi. Jeśli człowiekowi zabraknie wzroku albo słuchu, to nie zubaża to jego świata wewnętrznego w porównaniu do świata ludzi dysponujących wszystkimi zmysłami. Sam wzrok, albo sam słuch wystarczają, żeby pomiędzy nami a innymi ludźmi wymieniać słowa, a wymiana słów czyni każdego człowieka – człowiekiem pełnym! Gdybyśmy nie musieli oddychać, powietrze nie byłoby nam potrzebne, żeby zachować człowieczeństwo – dalej bylibyśmy ludźmi i wszystko pozostałoby po staremu...
No, może z wyjątkiem tego, że sceny filmów science-fiction dziejące się w kosmosie wypełniałaby pełna dostojeństwa cisza...

© 2016 by Tomasz Wyszkowski


2017 06 25 Zrozumienie siebie to początek

Ocean

Święto

Pewność

PEWNOŚĆ

Myślisz, że do tej pory wierzyłeś, że myślisz, że wiesz.
Teraz wiesz, że wierzysz, że myślisz.
A kiedy się dowiesz, że myślisz, że wierzysz...?
...Gdy uwierzysz, że myślisz, że wiesz?
Nie wiesz…?
Nie do pomyślenia, w co można uwierzyć, że się wie.
Wprost nie do wiary.
Pomyślisz… i już nie wiesz, w co wierzyć. 


© 2017-09-10 by Tomasz Wyszkowski