Saper przed Świętym Piotrem

Święty Piotr: Witaj synu. Odrzuć wszelki strach i troski. U mnie zaznasz już wiekuistego spokoju.
Saper: Witaj, Ojcze. Dziękuję, ale strach i troski mam za sobą.
ŚP: To dobrze mój synu, to dobrze. A powiedz, byle krótko, co robiłeś tam, na tamtym łez padole?
S: Byłem saperem od bomb zegarowych, Ojcze.
ŚP: Aha! Czyli, niestety, ten jeden jedyny raz pomyliłeś się. Mamy tu specjalne miejsce dla takich jak ty. Jakaś bomba, co?
S: Nie, dlaczego...? Umarłem ze śmiechu.
ŚP: Jak to – umarłeś ze śmiechu?!
S: To przez poczucie humoru mojej żony.
ŚP: Przez poczucie humoru twojej żony?! To znaczy, że...
S: Zaraz, zaraz, opowiem. Widzi Ojciec. To było tak: jestem sobie normalnie w pracy, rozbrajam bombę zegarową, do wybuchu 20 sekund, czyli kupa czasu, oddech mam miarowy, wszystko pod kontrolą: w lewej ręce czerwony kabelek, w prawej zielony, już wiem, który mam przeciąć, aż tu nagle moja komórka dzwoni.

 

{cmp_start idkey=9032[url=http%3A%2F%2Ftomaszwyszkowski.pl%2Fmuchomor-albo-moc-humoru%2F393-saper-przed-swietym-piotrem][title=Saper+przed+%C5%9Awi%C4%99tym+Piotrem][desc=]}

Saper przed Świętym Piotrem

Święty Piotr: Witaj synu. Odrzuć wszelki strach i troski. U mnie zaznasz już wiekuistego spokoju.
Saper: Witaj, Ojcze. Dziękuję, ale strach i troski mam za sobą.
ŚP: To dobrze mój synu, to dobrze. A powiedz, byle krótko, co robiłeś tam, na tamtym łez padole?
S: Byłem saperem od bomb zegarowych, Ojcze.
ŚP: Aha! Czyli, niestety, ten jeden jedyny raz pomyliłeś się. Mamy tu specjalne miejsce dla takich jak ty. Jakaś bomba, co?
S: Nie, dlaczego...? Umarłem ze śmiechu.
ŚP: Jak to – umarłeś ze śmiechu?!
S: To przez poczucie humoru mojej żony.
ŚP: Przez poczucie humoru twojej żony?! To znaczy, że...
S: Zaraz, zaraz, opowiem. Widzi Ojciec. To było tak: jestem sobie normalnie w pracy, rozbrajam bombę zegarową, do wybuchu 20 sekund, czyli kupa czasu, oddech mam miarowy, wszystko pod kontrolą: w lewej ręce czerwony kabelek, w prawej zielony, już wiem, który mam przeciąć, aż tu nagle moja komórka dzwoni.

 

Saper... 2


ŚP: W takiej chwili odbierałeś komórkę?! No chyba bomba ważniejsza niż telefon?!
S: Ale to mogła być Helenka, moja żona!
ŚP: ??
S: Ja się jej okropnie bałem!
ŚP: ??
S: I wolałem odbierać wszystkie telefony, bo przecież to ona mogła dzwonić.
ŚP: Aha... Aha! I pewnie zabrakło Ci czasu i bomba wybuchła?
S: Nie, dlaczego?... Więc odbieram telefon i słyszę w słuchawce: ‘Gdzie ty się podziewasz, łachudro ty, jedna ty! Wracać mi do domu, a po drodze masz kupić czerwoną kapustę i zieloną paprykę. Na obiedzie jest dziś mamusia. Tylko ty się pomyl, to ja ci już pokażę, ty taki owaki... Mamusia tu mówi, że pewnie jak zwykle się pomylisz! No, czekaj ty, tylko ty mi przywieź nie to, co trzeba, albo się spóźnij, to chyba zabiję!’ I, jak zwykle, nie czekając na odpowiedź przerwała rozmowę.
ŚP: Aha! I pewnie się zdenerwowałeś i z tych nerwów pomyliłeś się i przeciąłeś nie ten kabelek, co trzeba? Czerwony - zielony, zielony - czerwony?
S: Nie, dlaczego?... Więc patrzę, mam jeszcze dziesięć sekund, kupa czasu, oddech mam miarowy, bo widzi Ojciec, w tej robocie to trzeba zachować spokój. Myślę sobie: w lewej ręce czerwony kabelek - to czerwona kapusta, w prawej zielony – to zielona papryka. Wyjmuję szczypce, przecinam właściwy kabelek, zegar bomby się zatrzymuje i... pędem w stronę przystanku. ‘Do jas... nego kabelka!’ myślę sobie. ‘Jeszcze teściowa!’ Jej bałem się może nawet bardziej, niż Helenki, a jeśli nie – to na pewno byłem dosłownie przerażony na samą myśl o przebywaniu z nimi obiema w jednym pomieszczeniu. ‘Znowu przylazła!’ Od kiedy na niewydolność serca umarł jej mąż, pogromca lwów, którego zresztą nigdy nie poznałem (podobno był sercowiec, słabiutkiego zdrowia – swoją drogą, to jak on te lwy poskramiał?), to przyłaziła do nas bardzo często, ale i tak nie mogłem się do nich obu na raz przyzwyczaić. Więc biegłem równym tempem, wysoko podnosząc nogi i całkiem prędko. Na przystanku patrzę: do autobusu jeszcze dziesięć minut, więc jak pobiegnę z całych sił to w jakieś siedem-osiem minut będę w warzywniaku, i w domu za jakieś dwanaście do trzynastu minut! No, i po jakimś czasie wpadam do warzywniaka...

 

 

Saper... 3

 

ŚP: Aha! I z tego pośpiechu pomyliłeś kolory kapusty i papryki... Nie! To nie do wiary?! Naprawdę za kolor jakiegoś warzywa... zabiła?!
S: Nie, dlaczego?... Chociaż w warzywniaku to miałem jednak trochę problemów. Pani sprzedawczyni nie mogła zrozumieć, co mówię. Powtarzała, że mówię za szybko. Ona zresztą nas zna, a mnie to nawet lubi, więc poprosiła, żebym jej pokazał, co chcę kupić. Lewą ręką pokazałem czerwona kapustę, prawą - zieloną paprykę. Ostatnim tchem wydusiłem ‘Dzięk...ję... Pa...i... ar... dzo!...’ i ściskając w obu dłoniach zapakowane w foliowe torebki kapustę i paprykę (torebki bez uszu, bo te z uszami właśnie pani z warzywniaka wyszły) - pognałem do domu. Już na klatce schodowej usłyszałem głos mojej żony (bo ona ma dość niski głos i po klatce się niesie). Słyszałem, jak mówiła, pewnie do mojej teściowej ‘... i lubię sobie czasem pożartować z Frankiem.’ Bo ja, Ojcze, Franek jestem. ‘A wie mamusia, że chyba Franek nabrał jednakowego poczucia humoru, bo jak ja żartuję, to Franek zawsze się śmieje. No, poczucia humoru to mu nie odmówię.’ ‘No, dobra nasza, może nie będzie tak źle!’ - pomyślałem sobie.
ŚP: To jednak mieliście ze sobą coś wspólnego?
S: Nie, dlaczego?... Jak ja się jej okropnie bałem! Jak żartowała, to nie mogłem się nie śmiać, bo by mnie strasznie zbiła, że się nie śmieję z jej żartów. Wiem, bo na początku naszego pożycia się nie śmiałem.
ŚP: Więc co się stało? Mówże wreszcie!

 

Saper... 4


S: Zdejmuję buty na wycieraczce, jak zwykle, bo Helenka mówi, że ani jej się śni ciągle po mnie odkurzać. Tu miałem z tym też trochę problemów, bo w rękach ściskałem kapustę i paprykę w torebkach foliowych bez uszu, wie Ojciec, takich zwykłych prostokątnych, ale w końcu udało mi się buty jakoś wepchnąć pod pachy. Otwieram drzwi swoim kluczem manewrując łokciami, nadgarstkami i palcami, i wchodzę cicho, bo bez butów to łatwo cicho wejść, bo obcasy nie stukają na terakocie, więc jest z tego pewna korzyść, bo jak się hałasuje a Halinkę głowa boli, to... Święty Boże nie pomoże!... O! Przepraszam Ojcze. No..., właśnie... Eee... Aha! Więc wchodzę... Aż tu nagle Halinka z wałkiem w ręku, a za nią teściowa, wypadają z kuchni. ‘No, dawaj tę zieloną kapustę i czerwoną paprykę!’ - wrzasnęła do mnie Helenka.
ŚP: Jezus Maria! O! Przepraszam!... I co? I co?!
S: No, właśnie! A ja odwrotnie, czyli z czerwoną kapustą i zieloną papryką! Zupełnie przestałem oddychać! Zupełnie przestałem się ruszać! Nawet torebki w moich rękach przestały się kiwać! Musiałem mieć niezłą minę, bo Helenka... jak nie parsknie śmiechem!, a za nią teściowa, i zaczęły się straszliwie śmiać, wyć, prawie rzęzić ze śmiechu i... powoli się do mnie zbliżać! Helenka od mojej prawej strony, od strony zielonej papryki, a teściowej od drugiej. Mnie powoli zaczynało ciemnieć w oczach z nadmiaru dwutlenku węgla w płucach, adrenalina zwężała mi naczynia krwionośne, że aż chyba trzeszczały. Myślałem, że mi mózg wybuchnie, na takich obrotach pracowały mi szare komórki. Gorączkowo myślałem: ‘Będzie mnie lać „na śmieszno”? Jeszcze mnie nigdy tak nie lała! Co robić?! Co robić?!! – Zostać, czy uciekać? Zostać, czy uciekać?! Jak zostanę, to może nie będzie lała. Jak ucieknę, zleje potem, ale słabiej, tylko dla formy, bo jej już złość przejdzie.’ Zostałem! Wewnętrznie jeszcze bardziej się skuliłem, chociaż na zewnątrz nic nie dałem po sobie poznać, bo, wie Ojciec, jak się człowiek kuli, to ona wpada w większą złość i mocniej leje...
ŚP: Czyli,... jednak zaczęła cię... lać?

 

 

Saper... 5


S: Nie, dlaczego?... Po parunastu sekundach tego ryku, ciągnących się jak minuty, Helenka zaczęła wręcz charczeć, myślałem, że padnie trupem, ale ona nie. Za to powoli zaczęły docierać do mnie pojedyncze sylaby: ‘Ża!... Żar!... Cha!... Yyyy!’ To Yyyy, tu dudniła na wdechu. ‘Cha!... Cha!... Cha!... Żarto!... Cha!... Cha!... Cha!... Żartowa!... Cha!... Cha!... Cha!... Żarto... wa... łam?!! Yyyy!...’ Tu znów było na wdechu... ‘Żartowałam?!!’ wydusiła w końcu w całości. I rozumie Ojciec, nie trzeba mi było dwa razy powtarzać! Udało mi się po raz pierwszy w życiu, w ogóle myślę, że byłem pierwszym człowiekiem na Ziemi, który tak szybko zareagował śmiechem i to w dodatku bez zaczerpnięcia powietrza! Najpierw ryczałem śmiechem ze strachu przed Helenką, bo stałem w zasięgu jej lewej ręki – a to właśnie w niej trzymała wałek. Ale potem coś mi się stało, zacząłem śmiać się jakby z wewnątrz, strach zaczął jakby odpuszczać, i teraz śmiałem się jakby dwoma śmiechami: jednym, bo musiałem, i drugim, który przynosił ulgę. Tak! Po chwili zacząłem śmiać się jak szalony jednym śmiechem, takim serdecznym, homerycznym! Helenka zauważyła najwyraźniej to przełączenie na inny śmiech i nagle jej charkot jakby kto nożem uciął. To mnie tak rozśmieszyło jeszcze bardziej, że choć ledwo już zipiałem, mój śmiech stał się jeszcze intensywniejszy, co na mgnienie oka nawet zaniepokoiło Helenkę. Ale już za chwilę jej niepokój zaczął przeradzać się we wściekłość. Jej wykrzywiona twarz... Twarz?! W tym momencie po raz pierwszy w życiu zobaczyłem, że w chwilach wściekłości to jest po prostu... gęba! Nagle zacząłem wręcz kwiczeć ze śmiechu, co Helenkę wprawiło w takie pełne wściekłości osłupienie, że myślałem, że ją rozerwie. Aż w końcu nie wytrzymała! Zamachnęła się ręką z wałkiem i...
ŚP: Czyli jednak – tym wałkiem – na śmierć?

 

 

Saper... 6


S: Nie, dlaczego?.... Widok tej rozwścieczonej baby, z tą wykrzywioną wściekłością gębą, zamachującą się na mnie wałkiem spowodował, że zachłysnąłem się i zgięty wpół i z rozdziawionymi na całą żuchwę ustami, starałem się bezgłośnie i bezskutecznie złapać łyk powietrza. Wałek przeleciał nad moją głową i uderzył tą drugą, nietrzymaną przez Helenkę, rączką w głowę teściowej stojącej po mojej lewej ręce, od strony czerwonej kapusty.
Gdy upadałem na kolana trzymając się za serce, byłem już zupełnie spokojny. Wstrząsały mną jeszcze drgawki, ale nie te od śmiechu i przepony, tylko te od nerwów – powietrza w płucach już nie miałem. Serce waliło mi jak opętane – stuku-puku, stuku-puku, już wiedziałem, że nie dam rady. Ale ten spokój pozwalał mi widzieć wszystko niezwykle jasno. Patrzyłem wstecz na swoje życie i nie mogłem zrozumieć, co ja tu z nią przez tyle lat robiłem. Mój strach, moje próby zadowolenia mojej połowicy, wydały mi się takie nieistotne, a ona sama... W tamtej chwili wydawała mi się taka śmieszna i niegroźna, taka... godna litości... Gdy w zupełnej ciszy, bo nie docierał już do mnie żaden dźwięk, padałem bosy i martwy na zimną terakotę pośród kapusty i papryki w odpowiednich kolorach i w foliowych torebkach, i obok wściekłej, jakby kto ją ugryzł w cztery litery, teściowej z zalanym rozmazaną krwią czołem wrzeszczącej coś z nienawiścią do swojej córki, zrobiło mi się siebie i Helenki nawet żal. Wtedy pomyślałem sobie, że to życie takie dziwne, najpierw człowiek się rodzi... No, właśnie, wie Ojciec, bo ja urodziłem się...
ŚP: Czekaj synu, czekaj. Widzę, że musisz się wygadać. Czasu co prawda mamy tu sporo, ale ja się nie rozerwę. A jeszcze powiedz mi, czy nazwisko panieńskiej twojej żony, to nie przypadkiem... Wiśniewska?

Saper... 7


S: ?? Wiśniewska!... Ale... Skąd Ojciec wie??
ŚP: Nieważne. Masz tu,... aha! jeszcze mój podpis,... O! Masz tu skierowanie do Wydziału Niebezpieczne zawody. Ale pamiętaj! - nie idź do Sekcji Zgon podczas wykonywania obowiązków służbowych, tylko do Podsekcji Trudne warunki rodzinne, Przyczyna zgonu – niewydolność serca. Jak już tam trafisz, to rozpytuj o... swego teścia, Wiśniewskiego Józka... Tak, tak!.... Józek to fajny chłop, zobaczysz. Na pewno serdecznie cię przyjmie, i na pewno będziecie mieli sobie dużo do powiedzenia.

 

© by Tomasz Wyszkowski


2017 06 25 Zrozumienie siebie to początek

Ocean

Święto

Pewność

PEWNOŚĆ

Myślisz, że do tej pory wierzyłeś, że myślisz, że wiesz.
Teraz wiesz, że wierzysz, że myślisz.
A kiedy się dowiesz, że myślisz, że wierzysz...?
...Gdy uwierzysz, że myślisz, że wiesz?
Nie wiesz…?
Nie do pomyślenia, w co można uwierzyć, że się wie.
Wprost nie do wiary.
Pomyślisz… i już nie wiesz, w co wierzyć. 


© 2017-09-10 by Tomasz Wyszkowski